Z wczorajszego, przydługawego czytania, wychwyciłem parę słów. Tak jakby skierowanych do mnie, jakby skierowanych do każdego, nie tylko do Saula, choć może w nieco innej interpretacji.
Za kim ty gonisz? Za zdechłym psem, za jedną pchłą?
No właśnie, za kim gonisz, za czym gonisz… jaki to ma sens, czy o oto chodzi w życiu… jak wyobrażasz sobie przyszłość, po co to wszystko…
Czsem łatwo wpaść w wir obowiązków, zadań, pracy, funkcji i dać się im ponieść. Ale do czego to prowadzi na samym końcu>? Do przeraźliwej pustki, do poczucia bezsensu, niezrozumienia…
Bo za nim zacznę coś robić w życiu będę się pytał: „Za czym gonisz? Za zdechłym psem? za ochłapem, który ktoś rzuca od niechcenia, a ja go podnoszę z poczucia bycia wygłodniałym, spustoszonym… czy może wręcz przeciwnie, idę chwiejnie, ale ciągle ku jednemu celowi. Upadam, ale wiem dokąd chcę dojść…
The WordPress.com stats helper monkeys prepared a 2011 annual report for this blog.
Here’s an excerpt:
A New York City subway train holds 1,200 people. This blog was viewed about 7 800 times in 2011. If it were a NYC subway train, it would take about 7 trips to carry that many people.
To był bardzo dobry rok. Tyle rzeczy się udało. Obrona, pierwsza misja. Dojrzewanie, czuję się bardzo dobrze, mam dużo sił w sobie, wiele zapału, pragnień, ale i spokoju, spełnienia. To był taki spokojny rok. Pierwszy w całosci już można powiedzieć bez jakiegoś rozmyślania, a raczej dręczenia się nad tym co być powinno. Być może pierwszy i ostatni, ale potrzebny był. Teraz, jeśli wyjadę, to sądzę, że 2012 będzie dla mnie powrotem do czasu rozeznawania… ale tak naprawdę to Pan Bóg wie tylko co tam ma się wydarzyć. Dzięki Ci Boże za przyjaciół, za rodzinę, za życie, za to że obdarzasz mnie ponad miarę i tak bardzo kochasz. Chciałbym być w 2012 roku lepszym synem dla ciebie!
Chciałbym życzyć wszystkim w te święta uzmysłowienia sobie na nowo o co w tym wszystkim chodzi. Nie o potrawy, nie o nastrój, nie o piękną liturgię, nawet nie o opłatek i rodzinne grono… Rodzi się Jezus, On przychodzi z mocą przemiany również naszego życia! Wystarczy tylko pragnąć…
Strasznie dużo się dzieje. Może nawet nie jakoś wyjątkowo ciekawie, ale po prostu dużo. Chociażby załatwić formalności w pięciu placówkach w których w jednym momencie ma się zacząć pracę jest nie lada wyczynem. A później wejście w 5 różnych środowisk naraz, przygotowania dla BARDZO różnych grup wiekowych, a dodatkowo wyjazd do Warszawy na misje i próba ogarnięcia licencjatu. To wszystko sprawia, że sypiam po 3 godziny i brakuje mi doby… ech…
Za to dwie piękne wigilie za mną. Pierwsza warszawska, gdzie ulepiłem 313 pierogów i występowałem w jasełkach. Druga łódzka misyjna, do której przygotowania również dużo mnie kosztowały, ale było naprawdę pięknie.
Co jeszcze… może nie powinienem pisać, bo znowu ktoś mi zarzuca, że za dużo się dzieje u mnie. W każdym bądź razie ostatnie spotkanie było definitywnym ustaleniem języka, którego mam się uczyć, a co za tym idzie kontynentu na który mam jechać. No i stało się. Jednak upadł mój autorski pomysł francuskiego. Mógłbym się uprzeć na to, ale spowodowałoby to tylko to, że do samego końca nie wiedziałbym czy jednak tam pojadę. Dlatego… Ameryka Południowa… Peru, Wenezuela lub Boliwia… Ech, chyba dostrzegam jakiś plan wobec mnie. Pamiętam jak w 2010 wybierałem się do Santiago i najbardziej nie podobało mi się, że muszę uczyć się hiszpańskiego. Stwierdziłem, że angielski wystarczy i choć nie było to prawdą do końca to jednak jakoś się udało. Dalej rok później i ŚDM. Gdzie? W Madrycie, wymagany kurs językowy, więc nie ma wyboru trzeba było się zapisać. I kolejny miesiąc w kraju do którego w ogóle mnie nie ciągnęło. Ani troszeczkę. Teraz dowiaduje się, że prawdopodobnie spędzę rok na hiszpańskojęzycznym kontynencie. Więc nie ma wyjścia, supermemo rusza do boju i walczę
Ale żeby nie myśleć o tym co tak daleko (sierpień/wrzesień 2012) to już pierwsze przygotowanie do wakacji lutowych. Tym razem Afryka. Maroko. Oj, nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że wszystko wyjdzie. Byłoby pięknie!
Pewnie nie wszyscy widzieli, ale dostałem na urodziny taką podkładkę pod kubek. Jest na niej napisane: Szymon to wielki zdobywca i ciekawy świata odkrywca… bo życie jest podróżą
Wychodząc z tego założenia wolę na starość klepać biedę, ale mieć wspomnienia i doświadczenie spotkania z drugim, często zupełnie innym człowiekiem. To więcej mi daje niż fakultety i niejedne certyfikaty…
Cały tydzień przeżywałem bardzo jak to będzie i bardzo się bałem, że mi się nie uda, że będzie ciężko, że…
Ale dziś wieczór Pan Bóg dał mi pokój. Poczułem jak coś ze mnie spada. Kto wie, jak będzie tak będzie. Byle w imię Boże…
A to piosenka która dała mi pokój…
By zdążyć napisać dzisiejszą notkę jeszcze w listopadzie udałem się tam gdzie dzień kończy się najpóźniej, w okolicę Alaski. Dzięki temu, mimo godziny 8:40, mogłem napisać tę wiadomość jeszcze przed 20
Znalazłem pracę… trochę w czterech przedszkolach, trochę w gimnazjum… już się boję kiedy dowiedziałem się, że jedna klasa to patologia… no zobaczymy, najwyżej w styczniu podziękuję za kontynuację…
Poza tym dobrze, przygotowania misyjne trwają, wszystko się jakoś kręci… oby tylko z tą szkołą jakoś poszło!
Wakacje się skończyły
Było pięknie i… przede mną następne już niedługo. Póki co parę pomysłów ode mnie, parę od życia… zobaczymy co wyjdzie z tej wybuchowej mieszanki.
Zdałem sobie sprawę parę dni temu, że pierwszy raz od dawna straciłem ochotę na pisanie… a może po prostu to kwestia tego że jestem już za długo w tym miejscu… może trzeba zmienić adres i wskoczyć gdzie indziej…
Cóż, jeśli jeden z pomysłów (bardziej ten od życia niż ode mnie) się spełni na pewno tak zrobię…
A póki co… szukam pracy – Łódź lub Warszawa z naciskiem na Łódź… chodź chyba już nie tak mocnym jak pół roku temu…
Ach, jak ja kocham życie… i tę niewiedzę co przyniesie kolejny dzień… najcudowniejsza rzecz w tym moim dziwakowatym (proszę nie zjadać „a” w ostatnim wyrazie
) życiu
W sobotę znikam. Mam nadzieję, że będzie to piękny czas. Ostatnie dni w szalonym tempie, mam już je wypełnione co do ostatniej minuty. Więc żegnam Was… do napisania w połowie października!
Piękna piosenka „Bóg map nie rozdaje” bez przerwy chodzi mi po głowie…
Czas idzie powoli. Kolejne formalności co do wyjazdów zostają załatwione. Prawdopodobnie między podróżami będę tylko 2 dni w Polsce, bo resztę czasu spędzę we Lwowie. Czyli wszyscy którzy nie zdążyli się ze mną zobaczyć będą musieli poczekać do drugiej połowy października
Ciekawe jest, że w ogóle nie czuję narazie ani Madrytu ani Kamczatki, ale z Santiago było chyba podobnie
Jeszcze nie zdążyłem wrócić, a już myślę co na następny rok. W planach jest mała-kilkudniowa wycieczka i długa i daleka podróż. Pomijając oczywiście wyjazd na misje, który też pewnie będzie daleki
Ale ile można o podróżach – o życiu by coś się zdało
Cóż, wszystko idzie do przodu. Sądzę, że jest po prostu dobrze
Byłem dziś na spotkaniu i Mszy z ojcem Bashoborą… 10 tys ludzi mimo deszczu i kiepskiej pogody zjawiło się na boisku Chksu…
Nie będę pisał o szczegółach, bo było to mistyczne, a zarazem realne spotkanie z wiarą… polecam wszystkim, którzy takową tracą… poczułem się tak jak kiedyś, gdy miałem 16 lat… lepiej nie potrafię oddać tego stanu…
Jezus uzdrawia; na wyciągnięcie mojej ręki wyrzucał złe duchy, leczył, działał cuda, ale i przemieniał serca… a na koniec rozlał radość… ![]()
Ktoś powiedział, że jak Jezus uzdrawiał to w Niego też nie wierzyli i śmiali się… a czasem trzeba być jak Tomasz, zobaczyć i uwierzyć…
Moje serce się śmieje…
Dziś kupiłem bilety na Kamczatkę.
Plan wygląda tak:
Od 30 lipca do 31 sierpnia jestem w Hiszpanii. Wracam do Polski i 8 września udaje się na Ukrainę, by stamtąd dzień później z przesiadką w Moskwie lecieć do Pietropawłowska. A potem do pracy.
Jeden z salezjanów powiedział, że chcę żebym uczył na ich terenie. Oni zaś podlegają Kurii tylko o tyle, że stawiają przed faktem i sami decydują, kto będzie uczył. Ów gość chce mi nawet załatwić miesięczne L4 tak bym spokojnie po powrocie wrócił do pracy… Najciekawsze, że w ogóle o to nie zabiegałem. I tak to chyba jest w życiu, że często dostajemy coś co nie jest naszym życiowym celem…
Nadrabiam zaległości w czytaniu. Oj bardzo mi tego brakowało. Teraz „Cień wiatru”. Jest w nim coś magicznego, niby historia miłości jakich wiele, ale nie brakuje tajemnicy, misterium, klimatu XIX wiecznego miasta, zagadki, której nie sposób rozwikłać… ostatecznie bardzo polecam
Bardzo polubiłem powyższą piosenkę, jest w niej wielka mądrość. Na dzisiejszy dzień przewidziane są słowa:
Z każdym człowiekiem tak już jest
ma wymarzony życia sens.
Czasem lepiej to zostawić
i na fali swojej wiary po unosić się
p.s. Na niedzielnych zbiórkach na bilety dla wolontariuszy jedna pani poprosiła byśmy pojechali z nią bo nie wzięła ze sobą pieniędzy. Razem z O. udaliśmy się samochodem, a ona swoim. Po paru minutach O. wróciła i daje mi pieniądze… 500 zł… Pan jest wielki, Pan działa!
p.p.s. Ostatnie najczęściej szukane zapewne wpisywała Nołba
Obrona… wyszedłem i stwierdzam, że absolutnie nic się nie zmieniło. Może choć pracodawcy spojrzą na mnie inaczej?
Było miło i krótko. To się ceni. Dostałem wyróżnienie. Do 10 lipca mam oddać skrót pracy, który ukaże się w tomie teologicznym, gdzie prócz artykułów, znajdą się najlepsze prace teologiczne UKSW
Cieszy mnie, że po 7 latach studiów, zdaniu wszystkich egzaminów i zaliczeń w pierwszym terminie w końcu wysyłając CV mogę brać pod uwagę inne oferty
A teraz ze zmęczenie idę spać, wszak jutro bal na 100 par…
W poniedziałek obrona
Ostatnio w internecie można mnie złapać na fb
Od niedzieli jestem szczęśliwym posiadaczem wakacji
Przez ostatni tydzień cieszyłem się ludźmi, których od tej pory będę widywał dość rzadko zapewne…
Jak zwykle brak mi uporządkowanego planu dnia
Prób pisarskich przybywa
Bilet na Kamczatkę już prawie…
Duchowo pustka i postanowienie, że coś z tym zrobię…
Gruntowne porządki…
Różanystok dla różanostoczczan…
Wyłania się droga mojego dalszego życia…
Sponsorzy misyjni poszukiwani!
Cudowny koncert pełen pięknych wzruszeń czyli Ewa Demarczyk…
Prymicje na Jasnej Górze… czyli spełniony
Z każdego z tych zdań spokojnie mogła powstać bardzo obszerna notka. Tymczasem jakoś nie wyszło
Pisane na szybko czyli hardcore, którego końcem jest tragedia…
Posted: 28 Maj 2011 in Refleksyjnie, Religijnie, Teologia, ŻyciowoCiężki tydzień. Bardzo ciężki. Zamiast uczyć się do dzisiejszych egzaminów (czterech!) pracowałem. Wstawałem o 4 wracałem z pracy o 21, a zasypiałem o 1. I tak cały tydzień. Cóż, Sędzimirowice i Tomaszów to przyjemna praca (jako socjolog badałem rozwój trzecioklasistów w podstawówce), ale w połączeniu ze stałą zupełnie wykańczająca…
I tak jadę dziś do Wawy zielony… mam nadzieję, że pamiętam coś z wykładów… Inna rzecz, że nie chcę tam dziś być. Moje miejsce jest w Katedrze, gdzie mój rok otrzyma święcenia kapłańskie. Wielki to dla mnie ból, że nie mogę tam być. To chyba największa moja nieobecność w moim życiu… Zazdroszczę tym, którzy mogą…
Tyle, w międzyczasie magisterka została wydrukowana. Wszyscy się dziwią, że taka cienka może być magisterka… a ja się śmieję
najwyżej obleje
Dziś krótko i zwięźle. Coraz więcej pracy i niestety do tego zaczynają się egzaminy. Mgr skończona, zaraz zacznę drukować. Promotor chce zrobić z niej parę artykułów naukowych…
Weekend w stokach. Najpierw Biały, trochę zwiedzania i nocleg. Potem Różany, rozmowa i powrót do domu, by od poniedziałku zacząć badania na 3 klasistach
Kiedyś, bardzo dawno temu, jeszcze w czasach licealnych często miałem wymówkę, że nie mam czasu… W którymś momencie jednak, a dokładnie w czasie rozmowy telefonicznej z M. uświadomiłem sobie, że „nie posiadanie czasu” jest swego rodzaju fikcją, bardziej kurtuazyjną odpowiedzią zamiast „nie chcę”…
To mi pomogło, próbować przynajmniej, nie odpowiadać w ten sposób przynajmniej jeśli chodzi o spotkania, relacje itp… Jasne, że kiedy próbuję się z kimś umówić na konkretny dzień i otrzymuję odpowiedź odmowną to wszystko zrozumiałe, bo każdy ma swoje życie. Gorzej jednak, jeśli „nie posiadanie czasu” jest swego rodzaju ideą, dobrą wymówką, albo odpowiedzią powstałą z lęku przed inną „nie mam ochoty”…
Zdarza się, że nie mam czasu w życiu zjeść obiadu, obejrzeć filmu, odrobić pracę na zajęcia, zrobić pranie, posprzątać mieszkanie, zaplanować harmonogram pracy. Nie chcę jednak by zdarzyło mi się nie mieć czasu dla drugiego człowieka… Tak mi dopomóż Panie…
Dać się prowadzić? Bezcenne…, czyli jak uratowałem papieża….
Posted: 10 Maj 2011 in Refleksyjnie, Religijnie, Teologia, ŻyciowoWczoraj byłem na szkoleniu socjologicznym. Rzeczywiście czułem, że jestem w firmie, która ma ogólnopolską renomę w swojej branży. Pełen profesjonalizm od początku do samego końca. Nie mówiąc o kwestiach finansowych. Na samym początku pytają Cię ile Ci zwrócić pieniędzy i dziwią się, że tylko tyle
Jeśli będziemy zadowoleni i nie zawiedziemy to mamy obiecaną stałą współpracę
Wracając do domu po raz kolejny ogarnęła mnie genialna myśl
W życiu, w przeróżnych dziedzinach, często bywa tak, że jako dzieci kierujemy się jakimiś prostymi, na pozór oczywistymi regułami. Później zdobywamy zaczątki wiedzy, wykształcenia i nagle sądzimy, że to jak poprzednio postępowaliśmy, myśleliśmy było śmieszne i głupie. Teraz jako, że zdobyliśmy już prawie całą wiedzę wiemy jak żyć. A potem kiedy mądrzejemy i doświadczamy życia, wracamy do mądrości, które uznawaliśmy na samym początku, tych które uznają ludzie prości i niewykształceni… może lekko je modyfikujemy, ale sens jest podobny… Prawda leży bardzo blisko, ale czasem trzeba objechać pół świata żeby ją odnaleźć…
Dziś miałem dziwny sen. Z cyklu religijnych. Miewam je bardzo rzadko i zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Wiele lat temu śniło mi się jak z kolegą tańczyłem na ulicy jak Dawid przed Arką i wtedy objawiły nam się anioły. Innym razem przyśniło mi się, że zadzwonił mnie Bóg… Tym razem było inaczej… Byłem na beatyfikacji. Stałem bardzo blisko, tuż przy schodach Bazyliki. B16 odprawiał mszę i nagle za nim pojawił się Jan Paweł II. Młody, prężny, żwawym krokiem zaczął schodzić. I nagle ktoś strzelił. Papież dostał w bok i zachwiał się. Podbiegłem i go złapałem. On złapał mnie się bardzo mocno. I wtedy zmienił się, swoją postacią przypominał już siebie z ostatnich dni. Dopiero wtedy zorientowałem się, że mnie i papieża nikt nie widzi. B16 odprawiał jakby nic się nie stało. Papież trzymał się kurczowo i zaczął mnie prowadzić. Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale szedłem za nim. Podeszliśmy do ołtarza, potem do drzwi Bazyliki, mijaliśmy kardynałów i inne ważne osobistości. Pokazywał mi zgromadzone na jego cześć pamiątki. Mówił, że jest bardzo szczęśliwy, że dobrze przeżył swoje życie. Czułem cały czas bardzo mocno jego uścisk, jego rękę. Choć był ranny to przecież on mnie prowadził. Wydawało mi się bez sensu, że idziemy znowu w jakimś kierunku, ale zaraz się okazywało, że jeszcze coś miał mi tam pokazać. Bardzo chciał, żebym razem z Nim kroczył z Chrystusem, żebym dał się przepasać… Z taką myślą się obudziłem i sam się pytałem o co chodzi, jaki w tym sens…?
Wybiła 12 i zadzwonił telefon…
- Dzień dobry proszę Pana. Chciałabym zaprosić Pana do naszego ośrodka, poznać Pana, porozmawiać. Być może za jakiś czas uda się zaproponować jakąś pracę. Zapraszam, może Pan przyjechać na dwa dni…
Chciałeś mnie przygotować…?
Panie, przepasz mnie i poprowadź…
Czy miłujesz mnie więcej…?
Prawdopodobnie ze względu na egzaminy nie będę mógł uczestniczyć w święceniach kapłańskich i prymicjach… nie wiem jak to przeżyję… jeszcze się łudzę, że się uda, ale coraz mniejsza nadzieja na to… to będzie trudne nie być tam razem z nimi i cieszyć się razem z nimi… ech… życie…
Mądrość przysłów… czyli prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie…
Posted: 5 Maj 2011 in Refleksyjnie, Religijnie, Teologia, ŻyciowoOstatnio usłyszałem (a może zmyśliłem) pewną bajko-prawdę; historię o młodym wieśniaku, który zapragnął służyć królowi na zamku. Został giermkiem i choć było mu bardzo ciężko to jednak z pomocą dawał sobie radę. Kiedy był już przy końcu nauki, ćwiczeń i treningów zapomniał kim był wcześniej, ile zawdzięczał kolegom, którzy często tuszowali jego braki przed hetmanami i samym hrabią, który zarządzał zamkiem. Wśród przyszłych rycerzy znalazł sobie kolegów dumnych, pysznych, zarozumiałych i idących po trupach do celu. Czuł się z nimi dobrze i zapomniał o tych, którzy mu pomogli. Traf jednak chciał, że wszystko się zmieniło. Przyszły rycerz nie zdał kończącego egzaminu sprawnościowego. Jego osobisty trener źle go przygotowywał i kiedy wszystko wyszło na jaw, nie mógł ostatecznie być pasowanym na rycerza. Jednak hrabia, kiedy o tym się dowiedział, pojechał do króla i ubłagał go by przyjął owego giermka bez kończącego egzaminu. Ostatecznie król zgodził się, że giermek zaliczy go najwcześniej jak się da. Tamten jednak miał spore zaległości. Pewnego wieczoru ktoś zapukał do jego pokoju. Był to dawny kolega, który pomagał giermkowi przejść przez początkowe egzaminy. Zaproponował mu, że będzie z nim ćwiczył, aż ten wszystkiego się nauczy. Giermek rozpłakał się. Powiedział mu wtedy: wiesz, to prawda, że przyjaciół poznaje się w biedzie… Widzisz, żaden z tych, z którymi teraz trzymam, nawet nie spytał o mój kończący egzamin, nie mówiąc już o chęci pomocy… A sam nie będę się o to prosił. Bardzo Cię dziękuję…
Pewnie prawie każdy, albo nawet każdy, gdzieś, kiedyś na własnej skórze tego doświadczył. A czasem doświadcza się prawdy tego porzekadła w specyficznym aspekcie. Czekamy na pomocy, wiemy, że jest na potrzebna, liczymy na kogoś, a czasem nawet nie liczymy, tylko mamy nadzieję… a przychodzi ona od osób, których byśmy o to nie podejrzewali… i to jest piękne w tej prawdzie. Bo pokazuje, że są ludzie dobrzy, że jest ich dużo. Patrząc dalej, to, że oczekujemy czegoś ze strony, z której to nie nadchodzi nie musi świadczyć o jakimś deficycie empatii tych osób, ale może to być zbytnie pokładanie nadziei w kimś, kto nawet obiektywnie, nie jest w stanie temu podołać…
Przyczynkiem do tego oczywiście stała się historia nie dotycząca mnie w żaden sposób. Ale sam odnalazłem analogię ostatnich dni. Przed wakacjami poszukujemy parafii w diecezji gdzie moglibyśmy przyjechać z naszą animacją misyjną i po wszystkim zebrać pieniądze, które pomogą wolontariuszom świeckim w kupnie biletów do placówek, gdzie są posłani. Jako, że jestem osobą w grupie, która ma „największe” możliwości ze względu na jakieś „znajomości” poczułem się osobiście specjalnie zobligowany do działań w tej sprawie. Rozesłałem ok 30 zapytań, wiedziałem, że część, może nawet większość prawdopodobnie nic nie wskóra. Jednak niewielki procent mógłby tylko kiwnąć palcem, a mielibyśmy tyle parafii, że nie bylibyśmy w stanie wszystkich objeździć… Stało się jednak inaczej, większość odmówiła, albo uznała, że to jakaś śmieszna sprawa, zbyt mało tragiczna zapewne, żeby przejmować nią drogich parafian. Ale i tak się cieszę. Bo jednak te animacje dużo dają – właśnie ludziom, do których jedziemy. Szkoda, że nie uda się być w sporych parafiach w mieście – ale trudno. Pojedziemy za to 40 km za Łódź, prawie pod Szadek i tam będziemy głosić Kościół Misyjny ludziom, do których nikomu innemu „nie opłaca się” przyjeżdżać…
Pan Bóg ma swoje drogi i jest w nich piękno i przede wszystkim sens… Przekonuje się o tym w swoim życiu non stop
p.s. O co mi chodzi… bo zawsze jestem niejasny… ludzie z którymi jestem we wspólnocie są często pięknie wierzący, ale w większości nie mieli do czynienia z takim Kościołem-Instytucją… I np nie potrafię im wytłumaczyć, że ksiądz może nie chcieć na terenie swojej parafii animacji misyjnej, bo ma to gdzieś, albo z lenistwa, albo się boi, że mniej na tacę zbierze. W ich głowach, w ich wierze i pojmowaniu Kościoła, coś takiego się nie mieści… I to jest żywe i piękne w nich. Ktoś mógłby, że trzeba ich oświecić. Ale ja widzę to inaczej. Bo to jak oni czują i postrzegają jest właśnie Prawdą przez duże P. To natomiast jak często życie to weryfikuje jest jedynie prawdą… Dlatego bardzo cieszę się, że spotykam ludzi, którym takie rzeczy nie mieszczą się w głowach… a mi często wstyd, że mieści się to w mojej głowie…
„Myślałeś, że cię życie ukryje przed tamtym Życiem
w głębiny przechylonym…”
Chaos myśli… jak u Marka :)
Posted: 3 Maj 2011 in Fantazja, Małe ojczyzny, Podróże, Refleksyjnie, Religijnie, Teologia, Uśmiech, Życiowo- Ostatnie dni mijają dość spokojnie.
- Weekend majowy spędziłem w domu, co patrząc za okno, było świetnym pomysłem.
- Napisana praca magisterska dała mi trochę luzu i wewnętrznego spokoju. Mam teraz dwa miesiące na spokojne studiowanie, zrobienie paru rzeczy na które nigdy nie miałem czasu itd.
- Byłem z M.A.M. na błogosławionej nocy, która okazała się totalną klapą… cóż, zdarza się…
- Dzień przed 1 maja uczciłem pracując przy remoncie domu. Kilka taczek zaprawy zrobiłem, później murowaliśmy ![]()
- Doceniam z wiekiem pracę fizyczną, rytm życia wiejskiego… ale z drugiej strony mój charakter nie pozwoliłby pozostać na stałe…
- M. jest dobrą kandydatką na żonę (szczęście, że 90 procent moich koleżanek to M.
) Tzn, nie wiem czy w ogóle na żonę, ale na moją żonę akurat… Dlaczego? Bo chce mieć dużo dzieci, kocha podróże co najmniej tak samo jak ja
Kocha Wschód prawie tak samo jak ja
Chodzi wszędzie z plecakiem tak samo jak ja
Lubi ekstremalne i spontaniczne wyprawy jak ja i nawet słucha podobnej muzyki, co w zasadzie w kontekście podobnych zainteresowań, nie powinno dziwić… ![]()
- Ruszamy z animacjami, które mają pomóc zebrać choć część pieniędzy na bilety do krajów misyjnych… spróbuję stworzyć jakiś plakat jeśli jeszcze nie zapomniałem ps-a
- Tym razem Warszawa w poniedziałek – szkolenie w sprawie badań, które będę przeprowadzał. Bardzo się cieszę na tę pracę, tym bardziej, że nie koliduje z tym co robię teraz.
- Słucham ostatnio „piosenki o Bogu ukrytym” w wykonaniu Aleksandry Krzyżańskiej… naprawdę świetna interpretacja.
- No i słucham płyty Piotrka Lisieckiego… kupiłem ją, by zawyżyć mu sprzedaż
i bardzo się z tego cieszę. Są ludzie, którzy jak widać nawet w brudnym showbiznesie pozostają sobą… i chwała im za to ![]()
- Polecam jedną z najlepszych książek o Jezusie jaką czytałem (a raczej czytam!). Daniel Rops „Dzieje Chrystusa”. Ktoś spyta, czemu ta? Bo wpisuje się w moje oczekiwania. Jest to jednocześnie dobrze czytająca się opowieść o Jezusie, a z drugiej strony posiada dużo ciekawych i naukowych informacji przeplatanych tak, że czyta się bardzo fajnie ![]()
- Tam właśnie dziś przeczytałem, że Dobra Nowina wg Marka to chaos. Większość rozdziałów można poprzestawiać i nie zaburzy to całości historii… tak samo jak z moją dzisiejszą notką ![]()
- Jakie plany wakacyjne? Koniec lipca – wizytacja we Lwowie, sierpień – Madryt i Barcelona, wrzesień – Kamczatka…
- Myślę o tej terapii uzależnień… z drugiej strony, czy nie wystarczy mi już różnorodnego wykształcenia? Zobaczymy w październiku ![]()
- Od pewnego czasu namacalnie czuję jak się zmieniam… trudno to nazwać, ale to fajne uczucie… stawania się dojrzalszym człowiekiem ciąg dalszy… To nie znaczy, że jestem np ciągle poważny, albo coś w tym stylu… może raczej o kategorie myślenia… ![]()
- Jestem strasznie krytyczny jeśli chodzi o kazania. Prawie wszystkie to dla mnie „nowomowa”, „pseudo teologiczny bełkot”, „gawędziarstwo” itp… Chlubny wyjątek stanowi o. P.G.
Zawsze sprawdzam w terminarzu kiedy ma homilię, bo jest naprawdę świetny, a jego intuicje teologiczne… świeże i bliskie moim
Ostatnio np na mszy dla małżeństw z małymi dziećmi mówił o tym, że w średniowieczu matki z dziećmi do 6 roku życia były zwolnione z obowiązku niedzielnej Eucharystii. Mówił m.in. tak: „Dlaczego ludzie tak na tę propozycję się obruszają. Przecież do wielu, również dobrych rzeczy, nie dopuszczamy dzieci. Wiara jest rzeczywistością dynamiczną. Do niej też się dorasta. Moi drodzy, nie miejcie mi za złe, ale jak patrzę na Was to się tylko w tym umacniam…” A rzeczywiście gwar i hałas był nie do ogarnięcia… Polecam o. P.G jeśli ktoś wybieraj się w Łodzi na mszę z kazaniem ![]()
- Oszukałem Nołbę, że dopiero od niej wieczorem dowiedziałem się o beatyfikacji, a ona uwierzyła… hehehe ![]()
Lubię wkręcać ludzi i często to robię… W wsd w końcu co po niektórzy mówili „ojciec kłamstwa”
A tak na serio mam to po tacie. Moja mama mówi, że jak któryś z nas coś jej opowiada to nigdy nie wie jak jest naprawdę ![]()
- A teraz uciekam… bo czas na M.
” myślałeś, że Cię życie ukryje przed tamtym Życiem, w głębiny przechylonym…
w mroku jest tyle światła, ile życia w otwartej róży, ile Boga zstępującego na brzegi duszy…”